Clint Eastwood – Gran Torino
24 Kwiecień 2009
W swoim najnowszym filmie Eastwood opowiada nam historię Walta Kowalskiego. Subiektywnie mogę stwierdzić, że jest to jedna z najbardziej oryginalnych postaci jaką można było w ostatnim czasie zobaczyć na ekranach kin. Walt, z pochodzenia Polak(!), weteran wojny koreańskiej jest mężczyzną w podeszłym wieku. Jego konserwatywne poglądy sprawiają, że od kiedy nie żyje jego żona, nie potrafi dogadać się ze swoją, zepsutą przez lewacki styl bycia, rodziną. Pewnego dnia w sąsiedztwo jego domu wprowadza się rodzina skośnookich Hmongów. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że Walt jest zdeklarowanym i praktykującym rasistą. Świadomość tego, że za płotem mieszkają „ryże”, „sajgony” lub też po prostu barbarzyńcy nie pozwala mu na spokojne rozkoszowanie się smakiem i wonią ulubionego piwa na tarasie. Jednak to co miało być jego przekleństwem po ostatnie dni stało sie dla niego zbawieniem. Z biegiem czasu Walt pojmuje, że Ci „barbarzyńcy” są mu bliżsi niż jego własna rodzina. Dzięki nim odnajduje w sobie życiowy optymizm i zagubiony już dawno sens codzienności…
Na uwagę wg mnie zasługują szczególnie dwa aspekty.
Po pierwsze – zaangażowanie aktorów-amatorów, których słabizna sprawia, że Gran Torino to właściwie dzieło jednego człowieka – Clinta Eastwooda. To być może ciekawe i nowatorskie rozwiązanie, lecz wg mnie błędne. Aktorzy w dużej większości po prostu nie unieśli ciężaru tego dzieła. Chwilami sceny przypominają Powiatowy Konkurs Teatralny o puchar wicestarosty.
Po drugie – rażąco ostre docinki rasistowskie Walta mogą dla sporej liczby widzów wydać się niesmaczne. Owszem – dzięki nim dla wielu obraz zyskuje na lini komediowej, lecz „stężenie” tych chamideł sprawia, że po chwili zadajemy sobie pytanie – „Po co tu tyle tego mięsa?”
Jednak nie kwestią samego filmu chciałem się dziś zająć.
Oglądając ten obraz odnosiłem wrażenie, że jest on wyrzutem sumienia Ameryki. Eastwood próbuje przekazać, że przyczyna sporu o podłożu rasistowskim, który toczył się i nadal się toczy na terenach USA, leży po obu stronach. To nie tylko Amerykanie i ich problem z rasizmem. To także „barbarzyńcy” , którzy nie potrafią odpowiednio wpasować się w amerykańską codzienność. Ile prawdy w tym przesłaniu – nie mi oceniać…Jednak myślę, że właśnie takie filmy są w Ameryce potrzebne. Filmy zacierające rasistowską codzienność, filmy krzyczące, że niezależnie od rasy – prawa człowieka i godność, przysługują wszystkim.
Mimo wszystko, najważniejsze co zauważyłem oglądając nowy obraz Eastwooda to wrażenie, iż Ameryka, zaczyna powoli się liczyć z tym, że Chiny stają się potęgą gospodarczą, której nie sposób nie brać pod uwagę. Ukazanie z pozytywnej strony rasy żółtej, budowanie sympatii między widzami a bohaterami filmu, to wszystko ma na celu powolne budowanie odpowiedniego nastroju w społeczeństwie. Nastroju, który już bardzo niedługo może okazać się niezbędny amerykanom do budowania zdrowych relacji z Chinami.